Boże Narodzenie 1244 w Langwedocji: Czas Ciszy i Ognia.

Kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z historią Montségur, z tą legendarną twierdzą katarską płonącą w marcowym słońcu roku 1244, poczułem, że patrzę na coś więcej niż dramat przeszłości. To był symbol, koniec pewnej cywilizacji ducha, kultury i wiary. Od tamtej pory próbuję zrozumieć, jak wyglądało życie w tych ostatnich dniach, jak wyglądały Święta Bożego Narodzenia w Langwedocji, w czasach gdy świat katarów gasł w płomieniach, a nowa rzeczywistość katolickiej ortodoksji wchodziła na jego miejsce.

Ta podróż w czasie, której celem jest rok 1244, to dla mnie nie tylko badanie źródeł. To próba zbliżenia się do ludzi, którzy w tamtych dniach żyli między wiarą a strachem, między światłem a ogniem.

Langwedocja 1244 – kraina pośród ognia i modlitwy

Langwedocja, południowa kraina między Pirenejami a Rodanem, była w XIII wieku miejscem niezwykłym. Tu kwitła kultura trubadurów, język oksytański, duch wolności i poezji. Ale rok 1244 był już inny, to rok po wojnie, po krucjacie przeciwko albigensom (1209–1229), po czasie zdrad, inkwizycji i milczących ruin.

Według historyków takich jak Anne Brenon czy Emmanuel Le Roy Ladurie, był to moment, gdy dawna Langwedocja otwarta, różnorodna, mistyczna przestała istnieć. Na jej miejscu pojawił się świat kontrolowany, w którym Kościół katolicki, przy pomocy dominikanów i cystersów, budował nowy porządek duchowy. Dla katolików Boże Narodzenie 1244 roku było triumfem ortodoksji, świętem narodzin Chrystusa i zwycięstwa prawdziwej wiary. Dla resztek wspólnot katarskich była to noc ciszy, może modlitwy bez słów, z pewnością jednak bez radości.

Boże Narodzenie oczami zwycięzców – katolicka Langwedocja

Zapiski dominikańskie z tamtych lat, o których pisze R.M. Golden (2020), wskazują, że w miastach takich jak Toulouse, Albi czy Carcassonne, Boże Narodzenie obchodzono z wyjątkową pompą. Kościół chciał pokazać swoją siłę i jedność. Od rana dzwony biły na msze, kaznodzieje głosili słowa o narodzeniu Zbawiciela i triumfie prawdziwego Kościoła. Dominikanie prowadzili procesje z relikwiami, a cystersi odprawiali długie nabożeństwa z muzyką, która rozbrzmiewała w łacińskim rytmie liturgii.

W klasztorach i kościołach słychać było pieśni w języku oksytańskim, tak zwane canso de Nadal które, jak zauważa Golden, łączyły łacińską powagę z poetycką duszą południa. Były to swoiste kolędy Langwedocji, śpiewane przez lud i mnichów, często na melodię trubadurów.

Ale to Boże Narodzenie miało też wymiar pokutny. Po latach krucjat i przesłuchań Inkwizycji wielu mieszkańców musiało publicznie wyznać swoje dawne sympatie wobec katarów. Wyznanie win w czasie świątecznej mszy było gestem lojalności wobec nowego porządku i przymusowym oczyszczeniem z herezji. Wielu historyków, m.in. Brenon (1998) i Weis (2002), podkreśla, że to Boże Narodzenie było także momentem symbolicznym, pierwszym, w którym Langwedocja w pełni podporządkowała się Rzymowi.

Katarzy i Boże Narodzenie, które nie istniało

Jest jednak druga strona tej historii. Katarzy ludzie, którzy uważali, że świat materialny jest dziełem zła, a Bóg jest czystym duchem. Nie uznawali narodzin Chrystusa w ciele. Dla nich Boże Narodzenie nie miało sensu. Jak pisze J.H. Arnold (2001), ich Chrystus był istotą duchową, nie fizyczną. Wcielenie było dla nich bluźnierstwem, próbą zniewolenia ducha przez materię. Dlatego w grudniowe dni, gdy w miastach dzwony biły na mszę, oni jeśli jeszcze istnieli w ukryciu trwali w ciszy.

Z badań Caroline Sparks (2014) wynika, że w latach 1244–1248 Inkwizycja odnotowała spotkania potajemnych wspólnot katarskich właśnie w okresie zimowym. W chłodnych izbach, w dolinach Pirenejów lub w ukrytych komnatach zamków Foix i Mirepoix, doskonali udzielali sakramentu consolamentum, czyli ostatniego namaszczenia duchowego, które miało uwolnić duszę z więzów ciała. Nie było śpiewu, nie było uczty. Była modlitwa bez słów i wiara w światło, które nie rodzi się w Betlejem, lecz w sercu człowieka wolnego od materii.

Życie codzienne w cieniu Świąt

Emanuel Le Roy Ladurie (1978) w swoich badaniach o życiu w wioskach Langwedocji pokazuje, że dla prostych ludzi święta były przede wszystkim czasem odpoczynku, wspólnego stołu i nadziei na lepszy rok. Wieśniacy, niezależnie od przekonań, piekli chleb, dzielili się winem i śpiewali pieśni o pokoju. Ale nawet te proste gesty były wtedy podszyte strachem. Inkwizytorzy wędrowali po wsiach, sprawdzając, kto uczestniczy w mszach, kto się spowiada, a kto milczy za długo.

Wiele rodzin, które jeszcze kilka lat wcześniej przyjmowały doskonałych pod swój dach, teraz bały się o tym mówić. Święta Bożego Narodzenia stały się więc momentem podwójnego życia zewnętrznego, katolickiego i oficjalnego, oraz wewnętrznego, ukrytego i milczącego. W zamkach Foix, Carcassonne czy Mirepoix odbywały się w tym czasie uczty panów lojalnych wobec króla Francji. Trubadurzy śpiewali oksytańskie pieśni o Chrystusie i pokoju. Ale, jak zauważa Weis (2002), w tych pieśniach słychać było także nutę tęsknoty za dawną wolnością duchową.

Montségur – milczące echo ostatniego Bożego Narodzenia Katarów

Kiedy myślę o Bożym Narodzeniu roku 1244, nie potrafię nie widzieć w oczach wyobraźni Montségur. Wówczas zapewne gigantycznej skalnej twierdzy wznoszącej się nad doliną Ariège. Tam, zaledwie kilka miesięcy wcześniej, w marcu, ponad dwustu katarskich „doskonałych” zostało spalonych żywcem. Nie wiem, czy którykolwiek z nich przeżył, by dożyć grudnia. Ale wiem, że duch Montségur przetrwał w pieśniach, w legendach, w ludzkiej pamięci.

McDonald (2013) pisał, że Montségur było nie tylko miejscem kaźni, ale też świątynią ducha. Dla katarów był to symbol czystości i światła, dla katolików dowód triumfu nad herezją. Wyobrażam sobie tamte dni: w dolinie dym jeszcze unosił się nad miejscem stosu, a w kościołach Albi i Carcassonne brzmiały kolędy o narodzeniu Chrystusa. Dwie rzeczywistości, dwa światy. Jeden modlił się za dusze pokonanych, drugi wierzył, że te dusze powrócą do Boga bez pośrednictwa Kościoła.

Duchowy kontrast – narodziny i unicestwienie

To, co najbardziej uderza mnie w tej historii, to symboliczny kontrast. Dla Kościoła Boże Narodzenie to moment narodzin, odnowy, światła. Dla katarów był to czas, gdy świat materialny, czyli zło, świętuje swoją własną iluzję. Arnold (2001) zwraca uwagę, że katarska filozofia nie znała świąt w naszym sensie. Ich duchowość była nieustannym oczekiwaniem na uwolnienie od ciała. W ich wizji świata nie było miejsca na dziecięcą radość, ale była głęboka, spokojna nadzieja, że światło zwycięży ciemność w sposób cichy, nie poprzez triumf, lecz przez zrozumienie.

Właśnie to mnie w nich fascynuje. W epoce zdominowanej przez przemoc i dogmaty oni mówili o pokoju ducha, o prostocie, o miłości i religii bez rytuału.

Kultura i pamięć – Langwedocja między dwiema tradycjami

E. McCaffrey (2001) w swojej pracy o pamięci zbiorowej w Langwedocji pokazuje, że po wiekach w tej krainie przetrwało coś z obu światów. Z jednej strony katedry, klasztory, kolędy i procesje katolickie; a z drugiej legenda o katarach, ich czystości, ich milczeniu. Langwedocja wciąż jest krainą, w której czuje się dwoistość. Nawet dzisiaj, gdy spaceruję po ruinach Montségur czy po wąskich uliczkach Albi, mam wrażenie, że w powietrzu wciąż unoszą się dwa oddechy. Kościoła i herezji.

Współczesne badania, jak te autorstwa Golden (2020) czy Cowpera (2012), przypominają, że kultura trubadurów, język oksytański, duch tolerancji i refleksji nad dobrem i złem wszystko to było spuścizną świata, który w 1244 roku zgasł, ale nie zniknął.

Refleksja: Boże Narodzenie jako moment prawdy

Pisząc ten tekst, czuję, że Boże Narodzenie roku 1244 nie było świętem w naszym rozumieniu. Było raczej momentem prawdy. Dla jednych prawdy o zwycięstwie, dla innych prawdy o końcu. W świetle świec, w ciszy gór, w cieniu stosów, ludzie patrzyli w to samo niebo, ale widzieli w nim różne rzeczy. Dla katolików był to znak nadziei, dla katarów przypomnienie, że prawdziwe światło nie przychodzi z zewnątrz, lecz rodzi się w duszy.

Dziedzictwo 1244 roku – co dziś mówi do mnie Langwedocja

Kiedy dziś, po wiekach, stoję na wzgórzu Montségur i patrzę na dolinę, czuję, że historia tego miejsca nie skończyła się w ogniu. Ona trwa. W kulturze, w pamięci, w pytaniach, które wciąż zadajemy. Bo kim byli katarzy naprawdę? Czy byli heretykami, czy może ostatnimi mistykami średniowiecza? Czy ich milczenie w noc Bożego Narodzenia 1244 było znakiem odrzucenia, czy może głębszej wiary, wiary w Boga, który nie potrzebuje ciała, aby być blisko człowieka?

Na te pytania nie mam jednej odpowiedzi. Ale to właśnie one czynią tę historię tak żywą.

Boże Narodzenie ciszy… i ognia

Dla mnie Boże Narodzenie 1244 w Langwedocji to opowieść o paradoksie. O światłości, która świeci wśród płomieni, o radości, która rodzi się w ciszy, o wierze, która potrafi przetrwać nawet w ukryciu. W tamtym roku w kościołach brzmiały kolędy o narodzeniu Dzieciątka, a w ruinach górskich fortec szeptano modlitwy bez słów. Dwie pieśni, dwa światy, jedna ziemia. I może właśnie w tym tkwi prawdziwy sens tamtego Bożego Narodzenia, że nawet w czasach nienawiści istniała przestrzeń dla światła. Nie tego z betlejemskiej gwiazdy, ale tego, które płonie w ludzkim sercu, gdy to wytrwale szuka prawdy.

Źródła:
A. Brenon (1998), Catharism in the Family in Languedoc, Brill.
E. McCaffrey (2001), Memory and Collective Identity in Occitanie, History & Memory.
R. Weis (2002), The Yellow Cross: The Story of the Last Cathars’ Rebellion.
J.H. Arnold (2001), Inquisition and Power: Catharism and the Confessing Subject in Medieval Languedoc.
A. Roach (1990), The Relationship of the Italian and Southern French Cathars, 1170–1320.
C. Sparks (2014), Heresy, Inquisition and Life Cycle in Medieval Languedoc.
E. Le Roy Ladurie (1978), Cathars and Catholics in a French Village 1294–1324.
R.M. Golden (2020), Mapping Medieval Identities in Occitanian Crusade Song.
M. Cowper (2012), Cathar Castles: Fortresses of the Albigensian Crusade 1209–1300.
N. McDonald (2013), Mysteries of the Cathar Country.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *